Czas pandemii koronawirusa (SARS-CoV-2/Covid-19) to okres wielu zmian – lepszych i gorszych. Wielu twierdzi, że świat już nigdy nie będzie taki sam. Nie wiem, ale mam pewne wątpliwości, czy faktycznie, bo jednak natura ludzka jest, jaka jest, pamięć zresztą też. To, co się niestety nie zmieniło, i patrząc, że już jeseśmy – jeśli nic się złego nie wydarzy – na wyjściu z ograniczeń (dziś, czyli w poniedziałek, gdy publikuje ten artykuł, można już – z ograniczeniami, ale jednak – pójść do baru/pubu), raczej się już nie zmieni, to zakaz sprzedaży alkoholu – w tym piwa – przez internet. Ale jak to mówią: jeśli czegoś nie da się zrobić, daj to Polakowi, on to zrobi. I to, co często jest naszą – jako narodu – zakałą, przez którą najprostsza ustawa musi mieć setki stron, regulamin dziesiątki punktów, czasem – jak w tym przypadku – jest pewnego rodzaju „narodową zaletą”.

Sprzedaż alkoholu – z naciskiem na piwo – przez internet

Krajowa sprzedaż piwa przez internet (pisze krajowa, bo do niedawna Mikkeller w ramach usługi Mikkeller Beer Mail do Polski wysyłał, a cały czas robi to browar To Øl w ramach usługi To Øl Beer Club, z którego właśnie popijam piwko, pisząc ten artykuł w sobotnie popołudnie, i szczerze polecam, zwłaszcza że z kodem zniżkowym jest o połowę taniej) wprawdzie teoretycznie – zgodnie z prawem i potencjalnie chorymi potencjalnymi fantazjami/marzeniami PARPA – jest zabroniona, to jednak od dawna ma miejsce.

Najbezpieczniejszą – pod względem prawnym – formą jest wersja z odbiorem i płatnością w stacjonarnym punkcie, takim jak sklep. Prawnie może i jest to najbezpieczniejsze, ale zdecydowanie daleko temu do typowych zakupów przez internet, i to nie tylko pod względem wygody. Choć oczywiście ma to swój urok, bo jeśli odbiór jest w odpowiednim sklepie, to przy takiej wizycie można zawsze dokupić coś ekstra… ;-)

Później – przynajmniej z tego co kojarzę, i na tym – swojej pamięci –  będę opierał ten artykuł – pojawiły się zakupy przez tzw. przedstawiciela. Sklep czy browar nie może do nas wysłać, ale może w naszym imieniu zakupu dokonać ktoś inny, kto akurat „przypadkowo” często bywa w tej lokalizacji, i chętnie wysyła paczki do innych. Wariant teoretycznie bezpieczny – przy czym nie jestem prawnikiem – bo sklep/browar sprzedaje osobie, która bezpośrednio, czyli fizycznie, znajduje się na miejscu. Do tego nie ma przecież wpływu na to, czy ta osoba – jako osoba fizyczna – wyśle paczkę dalej. Choć pewnie tu dochodzi nie tylko kwestia intencji ustawodawcy, ale też fakt, że taka osoba zazwyczaj nie robi tego pro (publico) bono i ktoś jej płaci. I strzelam, że nie jest – przynajmniej bezpośrednio – to osoba, do której taka paczka trafia.

Od niedawna, przy zakupie piwa w ramach wsparcia różnych mniejszych browarów, spotykam się z tzw. umową kateringową, czy też umową o organizację imprezy zamkniętej. Nie mam pewności – w końcu jestem jakby z ubocza tego światka – czyj to oryginalnie pomysł, ale jakbym miał „wskazać palcem”, to byłby to pewnie Jacek Materski z Browaru Artezan.

Przykładowa umowa na organizację imprezy zamkniętej – a konkretnie z Browaru Huzar – wygląda tak:

Większość nie ma znaczenia, bo mięsko kryje się w tych dwóch paragrafach:

§ 1.

  1. Klient zleca a Organizator zobowiązuje się zorganizować zamknięte przyjęcie dla 2 osób w miejscu i czasie wyznaczonym przez klienta.
  2. Organizator zobowiązuje się dostarczyć piwo w miejscu i czasie imprezy. Organizator uprawniony jest do sprawdzenia pełnoletniości osoby odbierającej piwo.
  3. Impreza, o której mowa w pkt.1 odbędzie się [adres dostawy]

§ 2.

Podczas organizacji imprezy Organizator zobowiązuje się do dostarczenia [lista produktów/piw]

Mamy tutaj imprezę, na którą browar (lub sklep) zobowiązuje się nie tyle dostarczyć piwo, co zaoferować usługę kateringową (§ 1 punkt 1 wynika z kwestii związanych z koronawirusem (ograniczeń spotkań/zgromadzeń), i w czasach „po” nie będzie miał znaczenia).

Ma to w sumie sens, i może być to całkiem niezły „dupochron”, choć jak tak kojarzę różne imprezy z faktyczną – a nie tylko na papierze – usługa kateringową, to tam zazwyczaj bardzo pilnowano tego by napój – nie tylko alkohol, ale każdy napój, a nawet przekąski typu chipsy czy orzeszki – wydać otwarte przez obsługę. Co więcej, nawet puby często – prawdopodnie słusznie, patrząc na licencję – zazwyczaj niechętnie wydają nieotwarte piwo. Tak więc „w razie w”, gdyby „ktoś” (wspominałem już o – w moim odczuciu – kosmitach z PARPA? ;-)) się uparł, to nie wiem, czy i ten „dupochron” by się ostał. Zwłaszcza że nie ma co się oszukiwać – intencja jest więcej niż oczywista.

No i przegląd sposobów na sprzedaż piwa – przynajmniej poza sprzedażą „na pałę”, bo „a nuż się uda” – za nami. I może w ramach podsumowania napiszę, że mamy organizacje zrzeszające mniejsze i większe browary, które pewnie czymś się zajmują, być może nawet tematem, o którym tu piszę. Może nawet robią to całkiem nieźle, choć nieskutecznie, a może – jak mi się wydaje – PARPA jest zbyt dobrze zakorzeniona, a zarazem temat – sprzedaż alkoholu – zbyt łatwy do ataku, stąd jest, jak jest. Faktem jest jednak, że jeśli mimo sytuacji związanej z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa (SARS-CoV-2/Covid-19) nie udało się tego zmienić, to raczej szybko się to nie zmieni. Bo co jak co, ale mam nadzieję, że „taka okazja” nieprędko się znowu pojawi. Nie wiem, czy to wasz sukces, ale… dobra robota PARPA. Niestety…

(!) Zgłoś błąd na stronie