Niedawno mieliśmy premierę WordPressa w wersji 5.9 i już chyba klasycznie, czyli poza rozwojem edytora blokowego (Gutenberg) zmian niewiele. Przynajmniej dopóki nie włączy się motywu wspierającego Full Site Editing (FSE), np. Twenty Twenty-Two, bo wtedy się dzieje… Niebawem premiera WordPressa w wersji 6.0, a więc aktualizacja pozornie z tych największych z największych. Ale z pojawiających się informacji na temat nowości ponownie wynika, że gdy pominiemy Gutenberga, to nowości będzie raczej niewiele. A sam edytor blokowy zaczyna zmieniać się w kombajn, który zaczyna oplatać wszelkie aspekty WordPressa (zaczęło się od edytora treści, później widgety, teraz FSE i menu).

Dokąd zmierzasz WordPressie, i dlaczego nie tam, gdzie powinienneś

I choć może się wydawać, że nie lubię Gutenberga, to nie tak. Po prostu przeszkadza mi, że jest on na siłę łączony z WordPressem coraz mocniej, niezależnie do tego, czy ktoś chce z niego korzystać, czy nie. Do tego najpewniej prace nad nim i dostosowaniem WordPressa do niego pochłaniają sposób zasobów, przez co innych – ważniejszych zmian – jak nie było, tak nie ma.

Cała para w Gutka

Oczywiście można powiedzieć, że WordPress jest na tyle dojrzały, że niewiele jest do zmiany, ale… cały czas są rzeczy, których brakuje. Choćby natywne wsparcie dla stron wielojęzycznych, by nie trzeba było korzystać z obecnie dostępnych potworków jak WPML. Pewnie przydałoby się rozwinąć opcje związane z lepszym wsparciem dla redakcji, gdzie jest wielu autorów, z różnymi uprawnieniami (kooperacja). I teoretycznie na „mapie drogowej” (plan rozwoju) WordPressa to jest, ale w sekcji „long term”, czyli może kiedyś… A tymczasem para idzie w kolejny page builder, tym razem spod szyldu twórców WordPress.

Faza czwarta nowotworu Gutenberg

Temat stron wielojęzycznych w WordPressie prewija się od dawna, z nadzieją, że w końcu zostanie to rozwiązane tak, jak być powinno, czyli bezpośrednio z poziomu jądra systemu (CMS). Być może na bazie rozwiązania multisite, bo w tej chwili to jest jedno z najsensowniejszych rozwiązań dla tego typu stron. Pomijając strony eCommerce, gdzie trzeba trochę pokombinować”, i to nie tylko z synchronizacją stanów magazynowych.

I choć we wspomnianym harmonogramie znajduje się „core implementation for multi-lingual sites”, to niestety nie tylko znajduje się to w sekcji „long term roadmap”, ale też w sekcji „four phases of Gutenberg”, co niestety może oznaczać, że bezpośrednie wsparcie może i się pojawi, ale ograniczone do Gutenberga. Obym nie.

A może to cwany plan, by oddać WordPressa deweloperom?

Kiedyś, gdy WordPress dopiero wychylał głowę i nieśmiało patrzył w przyszłość, gdzie będzie pełnoprawnym CMSem, gdzie funkcje blogowe zejdą w pewnym sensie na margines, podczas prac koncepcyjnych nad stroną dla klienta, która miała działać na CMSie, często pokazywałem klientom WordPressa i „konkurencyjne rozwiązanie”. Głównie by pokazać, jak wygląda późniejsza, bieżąca obsługa. Najpewniej nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że WordPress tutaj zdecydowanie wygrywał. Do tego stopnia, że szybko przestałem tracić czas na taką prezentację i z automatu wybierałem WordPressa.

Minęły lata, WordPress już zdecydowanie jest dojrzałym, choć nie bez wad, CMSem. Funkcje blogowe faktycznie jakby stały się dla wielu najmniej istotne. Zauważyłem jednak, że sytuacja zaczyna się w pewnym sensie powtarzać, z tym że tym razem w obrębie samego WordPressa. A konkretnie na linii klasycznego edytora, Gutenberga i innych, bardziej dojrzałych page builderów, takich jak np. Divi Builder czy Elementor.

Bo mam wrażenie, że normalni użytkownicy, niebędący deweloperami, specjalistami od WordPrerssa, po prostu często nie rozumieją Gutenberga. Nie rozumieją co i jak tam się robi. Jest to dla nich chaotyczne, a do tego nie da się ukryć, że w niektórych aspektach jeszcze niedopracowane (np. ostatni problem ze znikającymi opcjami, gdy język strony jest/był inny niż angielski).

Zaryzykuję, że obecnie dla „zwykłego użytkownika” Gutenberg może być dziwnym potworkiem, który komplikuje tworzenie zwykłych postów, gdzie ktoś chce tylko napisać kilka akapitów, może wstawić jedno czy dwa zdjęcia do wpisu, a resztą – czyli m.in. prezentacją tego, jak to ma wyglądać na stronie – ma zająć się motyw. A tymczasem musi walczyć z edytorem blokowym, czyli page builderem, czyli czymś, czego z założenia do tworzenia treści blogowych niekoniecznie powinno się używać (uzależnienie od konkretnego rozwiązania, czyli vendor lock-in).

Znowu w przypadku tworzenia standardowych stron, takich jak np. strona główna, kontakt, o nas, choć page builder już się jak najbardziej sprawdzi, to zauważam, że problemem bywa obsługa Gutenberga. Mam wrażenie, że zdecydowanie łatwiej mi przekazać podstawy pracy z motywem Divi lub Elementorem, niż Gutenbergiem. I by nie było, że to tylko moje spostrzeżenie, to podobne wrażenie odnosi też kilka osób, z którymi o tym rozmawiałem, a również zajmują się tworzeniem stron dla innych.

Stąd może trochę przewrotna teza w podtytule tego fragmentu, która przewrotna jest chyba głównie dlatego, że niekoniecznie jest to działanie intencjonalne. Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że cel jest całkiem odwrotny, a po prostu wyszło, jak wyszło… ;-)

Stąd myśl, że głównymi piewcami Gutenberga, poza deweloperami WordPressa, są… deweloperzy tworzący strony dla innych. Wystarczy pogadać przy piwku, poczytać grupy… Jeśli ktoś chwali Gutenberga, to zazwyczaj żyje z tworzenia strona na WordPressie dla innych. Najlepiej w duecie z ACF.

Nie będzie pewnie zaskoczeniem, że nie ze wszystkimi pochwałami się zgadzam, do tego część zalet moim zdaniem może zniknąć, gdy Gutek dostanie więcej opcji, a tym samym jego kod przytyje. Dlatego zaryzykuję, że o ile Gutenberga pokochali deweloperzy, to już „zwykli użytkownicy” chyba niekoniecznie. A może po prostu jestem tendencyjny, bo mam za złe Gutenbergowi, że wepchał się z butami tam, gdzie nie powinien, czyli do edytora postów, do tego w momencie, kiedy do tego zdecydowanie nie był gotowy… ;-)

(!) Zgłoś błąd na stronie
Potrzebujesz profesjonalnej pomocy? Skontaktuj się z nami!