Gdzieś w końcówce ubiegłego roku koleżanka z dumą mi oznajmia, że w relatywnie krótkim czasie udało się je na profilu swojej marki na Facebooku (fanpage) dobić do ponad 8 000 tzw. fanów, co przy okazji miało też być swego rodzaju „społecznym dowodem słuszności” dla jej działalności. Z racji tego, ze nie bardzo widziałem w tym sukces, przynajmniej w kontekście biznesowym, postanowiłem zaproponować jej z tej okazji mały eksperyment – promocję na wszystkie swoje produkty z 80% rabatem, skierowaną właśnie do tych ponad 8 000 tzw. fanów.

Serio, zastanów się dobrze, po co Ci, ci fani

Koleżanka chwilę się wahała, ale już po chwili ogarniała promocję. Odpowiedni kod rabatowy w WooCommerce, jakaś grafika i treści na promocję. Ale z racji tego, że miał to być test sensu szybkiego zbierania fanów, byle tylko osiągnąć określony pułap, to z założenia promocja trwała tylko kilka popołudniowo-wieczornych godzin, a jej komunikacja ograniczyła się do zwykłego, niedopalanego reklamami, zwykłego posta na facebookowym profilu marki.

Następnego dnia, gdy opadł kurz bitewny, można było spojrzeć na pobojowisko. Wynik był więcej niż skromny, bo choć post dotarł do ponad 25% tzw. fanów (albo tylko, ale cięcie zasięgów przez platformy społecznościowe to już temat na inny artykuł), to wszystkich interakcji łącznie było poniżej 100.

Ale interakcje interakcjami, ważne jak to przełożyło się na sprzedaż. I tu nie było lepiej, bo z ponad 2 000 osób, do których dotarła informacja o promocji (przypominam: 80% na wszystko!) w sklepie pojawiło się niewiele ponad 10 zamówień.

Tak więc z 8 000 fanów w kilka godzin informacja dotarła do trochę ponad 2 000 osób, z tego sklep wygenerował niewiele ponad 10 zamówień. Czy potrzeba lepszego dowodu, że wyścig na tzw. fanów, zbierając ich przy tej okazji często „jak popadnie”, byle tylko było więcej, z punktu widzenia biznesu jest bez sensu? Zwłaszcza że te działania – by zdobyć tzw. fanów – nie tylko wymagały zaangażowania czasu, ale i pieniędzy w reklamy…

A może oferta była kiepska?

Oczywiście nie można wykluczyć, że potencjalnym powodem takiego wyniku mogła być ogólnie kiepska oferta sklepu koleżanki. Na tyle kiepska, że nawet tzw. fani nie skusili się na zniżkę w wysokości 80%. I choć można by wtedy się zastanawiać, w jakim celu w ogóle zostawali tzw. fanami, jak nawet 80% zniżki nie przekonało ich do zakupów.

Ale oferta najwidoczniej nie była taka kiepska, bo od tego czasu minęło kilka miesięcy, w trakcie których redakcyjna koleżanka Beata przygotowała dla koleżanki od sklepu strategię komunikacji marki oraz produktów/oferty, jak i plan działań marketingowych i promocyjnych. I choć może sklep nie liczy obrotów w milionach, to koleżanka (głównie ta od sklepu, choć Beata również, bo czemu by nie ;-)) jest więcej niż zadowolona.

Media społecznościowe z głową

I choć nieraz pisałem, że nie jestem fanem mediów społecznościowych, i korzystam z nich najmniej, jak się da, to do strzyżenia owieczek jest to narzędzie wręcz genialne. Oczywiście o ile zechcemy coś w nie zainwestować, i niekoniecznie będzie to czas, bo choć ten jest cenny, to np. taki Mark Zuckerberg zdecydowanie chętniej w tym kontekście przygarnie od nas pieniądze. Zwłaszcza że czas i tak dostaje…

Stąd też działania marketingowe bohaterki tego artykułu dotyczyły również i Facebooka, z tym że przestała ścigać się na liczbę tzw. fanów, a zaczęła dbać o ich jakość. By faktycznie były to osoby zainteresowane tym, co robi, a więc i ofertą jej sklepu. Do tego nie bez znaczenia są różne działania rozgrzewające, czy pobudzające ciekawość. Choć z tego co wiem, to nie ma tam bzdurnych postów w stylu „dziś dzień zielonego makaronu, pokaż, że też go lubisz”.

(!) Zgłoś błąd na stronie