No i stało się, z 2 dni temu na moim telefonie wylądował Asystent Google obsługujący język polski. I jeśli przed oficjalnym startem usługi w naszym kraju myślałem, że w RSSach mam za dużo informacji w stylu „kiedy Asystent Google w końcu po polsku”, to przyznam, że w dniu jego oficjalnej premiery zmieniłem zdanie. Bo w porównaniu z tym, co zastałem w swoim czytników RSSów w dniu premiery, to było nic. I tak, 15 stycznia (dzień premiery) patrząc na morze wiadomości, jakie zalało mój czytnik (a mam w nim tylko mały wycinek wszystkich serwisów) miałem wrażenie, że w wielu „redakcjach” musieli się mocno w głowę uderzyć w pogoni za odsłonami. Bo wprawdzie Asystent Google po polsku faktycznie wystartował, ale…

Asystent Google po polsku

Mija 3 dzień od tego momentu, drugi, od kiedy Asystent Google wylądował na moim telefonie (tak, jak to w przypadku Google bywa, usługa pojawiała się falami u kolejnych użytkowników, na kolejnych urządzeniach) i skorzystałem z niego 2 razy. I to tylko po to, by przygotować grafiki do tego artykułu.

W teorii wygląda to pięknie, z Asystentem Google mogę sobie pogadać o wielu sprawach:

W rzeczywistości nie bardzo wiem, do czego faktycznie miałby on mi się przydać, przynajmniej na co dzień. By to cudo w ogóle zachciało coś zrobić, to nie dość, że muszę wypowiedzieć zaklęcie przywołujące dżina (OK Google; Hey Google; Google) to wcześniej muszę podejść do telefonu i odblokować ekran, bo Asystent Google w polskiej wersji językowej nie obsługuje funkcji Voice Match (coś jak  głosowy element systemowego Smart Lock, tylko dla asystenta).

Czyli jakbym np. chciał zadzwonić do Beaty, to nie mogę powiedzieć do leżącego „gdzieś tam” telefonu:

OK, Google. Zadzwoń do Beaty i przełącz na głośnomówiący.

Nic z tego. Muszę podejść do telefonu, odblokować go, i… W tym momencie to już sam mogę sobie wybrać numer. Nie dość, że będzie sprawniej, to jeszcze będę się czół mniej idiotycznie. Nawet jeśli dziwnie patrzą się na mnie tylko psy, bo raptem gadam sam do siebie jakieś głupoty. Oczywiście to w sytuacji, gdy nie wspomagamy się jakimś bezprzewodowym zestawem słuchawkowym…

Ale jeśli ktoś nie może doczekać się niedzielnego suchara od Karola Strasburgera w kolejnym odcinku Familiady, to może poprosić o pomoc Asystenta Google:

Można też poprosić o komplement, ustawić budzik, minutnik, uruchomić wybraną aplikację (ale już jej zamknąć się chyba tak nie da). Choć nie jestem pewien, czy jest to szybsze, czy wygodniejsze, niż klasyczne podejście. Ogólnie takie Google Now, co potrafi opowiadać kiepskie dowcipy i średnie komplementy… ;-)

Więcej chyba sensu ma to w samochodzie (Google Auto), czy w mieszkaniu, w połączeniu z czujnikami tzw. „inteligentnego domu”. Ja jednak na razie nie testowałem, bo opieram się na własnych rozwiązaniach (Raspberry Pi + ESP8266), i jeszcze na „malinie” Asystenta Google (po polsku) nie instalowałem. Pewnie też użytkownicy urządzeń/głośników typu Google Home czy Google TV by bardziej się ucieszyli z asystenta, tylko… jeszcze na te urządzenia nie dotarł.

Aktywacja, konfiguracja i wyłączanie Asystenta Google

Jeśli chodzi o iOS, gdzie również zawitał Asystent Google, to niewiele mogę powiedzieć, bo to nie mój świat. Jeśli chodzi o telefony z systemem Android, to tutaj prawdopodobnie nic nie musicie robić – Asystent wejdzie w miejsce usługi Google Now. Ale i tak warto zajrzeć do ustawień, choćby po to, by wytresować naszą małpkę choćby na tyle, by reagowała na nasz głos.

Znajdziemy tutaj tez kilak innych ustawień, którym warto się przyjrzeć, jak np. „ciągła rozmowa” czy możliwość dodania urządzeń, którymi chcemy sterować (i które wspierają Asystenta Google, albo Asystent Google wspiera je):

I to właściwie wszystko. Od tego momentu można… pobawić się Asystentem Google, może przyszpanować babci, po czym… zastanowić się, czy oby na pewno jest nam od no czegoś potrzebny, cze może lepiej go nie wyłączyć, pewnie przy okazji oszczędzając trochę baterii:

Wiem, zaraz ktoś może napisać, że „typowy polaczek – dostał coś za darmo, i jeszcze narzeka”. Ale jakby tak się dobrze zastanowić, to wcale nie tak za darmo, a na pewno nie bezinteresownie. I nie tyle, że narzekam, co bardziej wskazuje na to, że na co dzień w telefonie jest mi on pewnie tak samo potrzebny, jak aplikacja udająca wiatraczek. Co nie znaczy, że na pewno nie będę z niego korzystał. Ale raczej jeszcze nie teraz, i raczej nie w telefonie…

(!) Zgłoś błąd na stronie

Spodobał Ci się artykuł? Zapisz się do naszego Newslettera - ZERO SPAMu, same konkrety, oraz dostęp do dodatkowych materiałów przeznaczonych dla subskrybentów!

Na podany adres e-mail otrzymasz od nas wiadomość e-mail, w której znajdziesz link do potwierdzenia subskrypcji naszego Newslettera. Dzięki temu mamy pewność, że nikt nie dodał Twojego adresu przez przypadek. Jeśli wiadomość nie przyjdzie w ciągu najbliższej godziny (zazwyczaj jest to maksymalnie kilka minut) sprawdź folder SPAM.

Patryk

CEO Webinsider.pl, a do tego CTO, CIO, CFO, CMO, CSO, COO i CRO ;-)
Pasjonat nowych technologii - od sprzętu po oprogramowanie, od serwerów po smartfony i rozwiązania IoT. Potencjalnie kiepski bloger, bo nie robi zdjęć "talerza" zanim zacznie jeść.

Dumny przyjaciel swoich psów :-)